Nowa żona Frankensteina

gbkol1

Czwarty raz. Czwarty i pewnie jeszcze nie ostatni występ kolekcji Gosi Baczyńskiej na Paryskim Tygodniu Mody to na pewno wyczyn dla projektantki, powód do dumy dla lokalnych patriotów i prestiż. Jednak, czy jest czym się nadal dziwić?

Media robią wokół tego szum co sezon. Duży, gwarny i cuda wianki opowiadają. Gosia Baczyńska natomiast cieszy się swoim sukcesem w kompletnej ciszy. A i także nigdy nie widziałam, żeby chwaliła się tym na salonach. Dlatego za to muszę jej przyznać plusa. Jej kolekcje – jak każdy ciągle powtarza – są niezwykłą awangardą, która da się nosić na co dzień. Trudno jest wkładać te rzeczy do pracy, skoro jedna bluzka potrafi kosztować parę tysięcy. Ale co się dziwić, organza, jedwabie i szlachetne bawełny to nie jakiś tani chłam z bazaru, ale prawie tkaniny sygnowane francuskim pozwoleniem. To nie są tanie rzeczy.

Wiadomo, na uznanie francuskich krytyków trzeba sobie zasłużyć. Baczyńska robi to wszystko niemalże świetnie. Jest jedną z niewielu polskich projektantów, którzy potrafią myśleć. Zamiast ubierać rodzime gwiazdy, wspina się na poziom wyżej i nie ubiera nikogo za darmo. Zamiast wypożyczać rzeczy – prać i oddawać ponownie na wieszak – sprzedaje i to nie za tanio. Dlatego może, mało kto z naszej kadry celebryckiej nie może się pochwalić czymś od Baczyńskiej? Czy w końcu jest dla Państwa za drogo? Zamiast stawać na ściance wszystkich eventów promocyjnych, Gosia siedzi w pracowni do późna. Zamiast robić pokaz w Polsce i tracić na to tysiące złotych, bez żadnego rezultatu, bo przyznajmy sobie szczerze – pokaz tutaj to żaden event promocyjny, tylko szopka, to ona jedzie do Paryża i reklamuje się tam. A co jest takiego we francuskiej stolicy? To wszystko czego tutaj nie ma.

Frankenstein’s Dream – to kolekcja niesamowicie spójna jak na Baczyńską. Zawsze obserwuję jej twórczość kątem oka i ta awangarda ni cholera mi tutaj nie pasuje. Większość jej kolekcji jest oderwana od jakiejkolwiek rzeczywistość – w paru poprzednich – inspiracja wojskiem, historią Polski (sic!) i tak dalej. Wszelkie jej historie ni jak mi idą w parze z modą. A to nie awangarda, tylko czysta magia na ubraniach.Tutaj jednak jest inaczej. Jak samo autorka zaznacza, inspirowała się filmem i fotografią z początku XX wieku. To widać gołym okiem! No w końcu, bo już bałam się, ze mam inną zdolność odczytywania rzeczywistości niż owa Pani. Fajny motyw nadruku – teraz wykorzystywany praktycznie przez wszystkich. Bo takie modne nagle zrobiły się głowy i twarze na wszelakich odzieniach, tak jak i ostre wzory i pstrokate kolory. Ale tego u Baczyńskiej nie zobaczymy, bo kolorystyka raczej stonowana, wręcz smutna. Nie jestem fanką smutnej jesieni, ani zimy, bo uważam, że moda powinna nam humor poprawiać, a nie dostosowywać nas do humoru pogody. Projektanci się jednak nigdy ze mną nie zgadzają, a sklepy to już w ogóle.

Kolejnego plusa muszę przyznać za fajne, nie godzące w niczyją godność kroje i sylwetki. Wszystkim wiadomo, że Baczyńska jest mistrzynią konstrukcji i ta kolekcja jest kolejnym tego przykładem. Choć nie popieram niszczących sylwetkę spodni z lejącego się materiału, ani pokaźnych sukienek z grubej organzy, to uwielbiam te krótkie marynarki i przylegające sukienki ze stylizowane na „nowoczesny barok” lub – „nowoczesną żonę Frankensteina”. Ciekawym byłoby zobaczyć sztukę teatralną, o żonie tegoż Pana w takich pięknych strojach. Niczym prawie piękna i bestia, ale bardziej piękna.

Trudno mi w tej kolekcji znaleźć jakieś minusy. Może ewentualnie te pt. „to takie cudowne, że ona tam jest”, ale nawet to już odchodzi do lamusa. Cieszymy się bardzo, gratulujemy i oby tak dalej.